Wstęp

Była wyjątkowo gwieździsta i jasna noc. Zawdzięczaliśmy to pełni księżyca, która upiększała nam tą ciężką wędrówkę. Musieliśmy uciekać, nie mogliśmy się poddać. Dla Sary, dla naszego ukochanego dziecka. Córeczka ma dopiero rok. Jest taka mała, nieświadoma niebezpieczeństwa i zła które czyha na jej życie. Przecież musi nam się udać, musi… Bez nas będzie sama jak palec, bez nas nie uda jej się przetrwać. Prócz nas nie ma nikogo, kto mógłby się nią zaopiekować. Dlatego musimy to zrobić, mam nadzieję, że to zrozumie jak dorośnie, mam nadzieję, że ufamy odpowiednim ludziom. Gdybym tylko mogła to urzeczywistnić, wszystko byłoby prostsze, lecz nawet ja nie potrafię tego zrobić i wierzę, że życie, w którym spełniają się najskrytsze marzenia płynące prosto z naszych serc, byłoby zbyt proste, a skutkiem tego pozbawione piękna i szczęścia. W końcu w każdej sytuacji trzeba szukać tej lepszej strony.

piątek, 22 maja 2015

Nowa historia

Jestem wspomnieniem, czymś nierealnym, iluzją, ułudą; kwiatem tańczącym na wietrze, niewypowiedzianym słowem, nienazwanym uczuciem, lecz kiedyś byłam kimś normalnym. Byłam człowiekiem, takim jak ty, myślącym o codzienności, zatraconym w rutynie, a teraz jestem czymś nieosiągalnym, innym i będę nim dopóki on nie przestanie myśleć o mnie mówiąc kocham. Jestem wspomnieniem a oto moja historia.
Byłam młodą dziewczyną, gdy dowiedziałam się o tym. Nie chciałam tego przyjąć do wiadomości, lecz z każdym kolejnym dniem wracało przypominając, o swojej obecności. Dowiedziałam się, że mój ukochany, jedyny, młodszy braciszek jest ciężko chory. Lekarze jednogłośnie orzekli: ostra białaczka. Dla mnie był to straszliwy wyrok, lecz postanowiłam, że pomogę mu walczyć. Nie poddamy się i będziemy bronić każdego oddechu, uśmiechu i łzy tak jakby walka toczyła się o wszystkie skarby całego świata.
Pewnego straszliwego dnia mojemu bratu – Łukaszowi okropnie się pogorszyło. Lekarze nie dawali mu dużych nadziei, co mnie doszczętnie zniszczyło. Załamana wróciłam do domu. Ból przeszywał mnie na wskroś. Siedziałam sam na sam w czterech ścianach, które powoli zaczynały mnie przytłaczać. Nie wiedziałam jak sobie z tym poradzić. Jak zniszczyć coś, co nie jest namacalne, co tkwi w człowieku głęboko i zabija to co najistotniejsze. Ogarnęło mnie otępienie, uczucie, które jak na złość nie chce minąć, trwając w nieskończoność i wyśmiewając się z ludzkiej niemocy. I w głowie pustka, a z niej wyłaniające się powoli pytanie, które w sekundzie nabrało sensu. Kim jestem ? Kim ja właściwie jestem ? Nikim, bo przecież nie mogę pomóc. Kimś, bo istnieje i wspieram. Człowiekiem, bo posiadam ludzkie odruchy. Zwierzęciem, bo włada mną instynkt. Tyle odpowiedzi, lecz żadna pełna, ani jedna nie zbliżyła mnie ostatecznie do odpowiedzi na to kluczowe pytanie. Przeczuwam, że odpowiedź jest jego lekarstwem, tym co najpotrzebniejsze. Jedyną szansą, ostatnią deską ratunku, która jest tak blisko, ale zbyt daleko. Z  całych sił usiłowałam poznać odpowiedź na to ważne pytanie i nagle pojawił się on.
Przyszedł z nikąd, pojawił się w chwili i stał przede mną. Był wysoki i w niezwykły sposób przystojny. Wszystko w nim było czarne. Ciemne oczy, włosy karnacja, ubiór pierścień na wskazującym palcu. Przedstawił się, a ja z przerażenia próbowałam uciec, lecz nagle okazało się, że jestem w miejscu bez drzwi, bez wyjścia, żadnej drogi ucieczki. I wtedy on Lucyfer zaproponował mi pomoc, nie chciałam go słuchać, zatykałam uszy rękami, lecz to nie pomagało. Jego głos przenikał przez moją czaszkę do środka i zapisywał się w mojej pamięci. Mówił, że pomoże bratu, a jednocześnie odpowie na to dręczące mnie pytanie. Obiecywał wszystko co w danej chwili było dla mnie najistotniejsze, lecz ja odmawiałam, wiedząc że ze złem nie wchodzi się w układy, ani nie zawiera paktów. Próbując pozbywać się jego głosu z myśli starałam się wpaść na pomysł jak się stąd wydostać. Przecież musi być jakieś wyjście, zawsze jest jakaś szansa. I nagle zrozumiałam, stąd nie ma wyjścia. Jestem w swojej głowie, dlatego mimo niechęci w dalszym ciągu go słyszałam, dlatego nie mogę uciec, dlatego to miejsce wydawało mi się tak znajome. Długo myślałam i myślałam jak wybrnąć z tej sytuacji, a on dalej kusił mnie swoimi propozycjami im bliżej mnie się znajdował tym bardziej miałam ochotę się zgodzić, dlatego zaczęłam uciekać. Zataczaliśmy koło, ja w tył on w przód i idąc zrozumiałam, że jeżeli ja się stąd nie wydostanę, to muszę pozbyć się jego. Nie ufałam już sobie, swoim decyzjom, bałam się że ulegnę, a przez to wszystko nie mogłam dobrze skupić się na zadaniu, które miałam do wykonania. Wiedziałam, że muszę zacząć walczyć, a w tym miejscu panem sytuacji jestem ja. Postanowiłam milczeć, nie odpowiadać na jakiekolwiek zaczepki, nie odzywać się, dopóty, dopóki nie będę stuprocentowo pewna, że nie popełnię błędu. Zaczęłam się modlić, błagać Najświętszą Maryję Pannę o pomoc w tej trudnej sytuacji bez wyjścia. I nagle on zaczął się kurczyć. Na początku ledwo zauważalnie, chudł w oczach, wyglądał jak wygłodzony starzec, który powoli kończy swoją podróż na Ziemi, ale nie zniknął siedział tak skulony i budził litość. Pękało mi serce. Z jednej strony, tak bardzo pragnęłam mu pomóc, wyglądał tak krucho, jakby Za sekundę miał rozpaść się na miliony kawałeczków. Z drugie zaś bałam się go, bałam się, że gdy spróbuję mu pomóc, on w jakiś sposób nade mną zwycięży i osiągnie swój cel.
Gdy tak stałam rozdarta między dwiema możliwościami pojawiła się przepiękna postać. Był to mężczyzna, lecz wyglądem całkowicie różnił się od Lucyfera. Miał długie srebrzyste blond włosy, przepiękne oczy w kolorze nieba i co najdziwniejsze Za jego plecami dostrzegałam spoczywające skrzydła, które w nietypowy sposób odbijały światło, przez co wyglądały jak stworzone z tęczy. Anioł patrzył się na mnie, czekał, a ja nie do końca wiedziałam na co. Wtedy zauważyłam, że w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób odgrodziłam siebie od leżącego w rogu diabła przezroczystą szybą, na ironię zrobiłam to w momencie, w którym był on dla mnie najmniej szkodliwy. Gdy tylko zrozumiałam, że zabezpieczenie to jest mi w zupełności zbędne, zniknęło, prysło jak bańka mydlana, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Wtedy poczułam błogi spokój, tak jakbym znajdowała się w miejscu pozbawionym zła i niebezpieczeństw. Anioł przemówił do mnie, lecz zrobił to tak jak wcześniej porozumiewał się ze mną szatan. Nie wydawał żadnych dźwięków, lecz ja słyszałam i rozumiałam każde słowo. Jesteś dzielna, dokonałaś czegoś, co mało który człowiek mógłby zrobić. Dowiodłaś oddania Bogu, zrzekając się tego czego najbardziej pragniesz, więc Bóg cię nagrodzi. Musisz tylko wrócić stąd do domu. Czeka tam na ciebie brat. Mimo najszczerszych chęci nie mogę pomóc ci powrócić. Wszystkiego musisz dokonać sama. Tylko pamiętaj kieruj się sercem, a wszystko będzie dobrze. I nim zdążyłam zadać jakiekolwiek pytania zniknął wraz z Lucyferem. Zostałam sama, musiałam się skupić. Jak wyjść z miejsca bez wyjścia? Jeżeli jestem w swoim umyśle to czy nie powinnam jakoś siebie kontrolować? Tak, przecież to jasne, stworzyłam tą szybę. Tylko w jaki sposób to zrobiłam. Usiadłam załamana chcąc się poddać i wtedy przypomniałam sobie to co powiedział mi anioł. Łukasz na mnie czeka, jest w domu zdrowy i martwi się o mnie. Muszę do niego wrócić, żeby czuł się bezpiecznie. Tak bardzo chciałabym go teraz przytulić, pokonałabym każdą drogę, byle tylko móc zobaczyć mojego brata. Gdy tylko ta myśl przeszła przez moje myśli przede mną pojawiła się droga.
 Wydawało się że nie ma ona końca, przechodziła przez mroczny las i biegła wzdłuż drzew niknąc w oddali. Nie mając innego wyboru ruszyłam nią pospiesznie, bojąc się, że nawet i ona zniknie i skończę w punkcie wyjścia. Szłam i szłam przerażona, przysłuchując się najcichszym szelestom wiatru, usilnie próbując doszukać się czyjeś obecności. Bałam się, że szatan powróci do mnie, a w tym ciemnym lesie byłoby to straszliwie przerażające. Każdy najmniejszy podmuch wiatru powodujący ruch wśród drzew i krzewów przyprawiał mnie o ciarki na całym ciele, lecz uparcie dążyłam naprzód, chcąc jak najszybciej dotrzeć do celu. Starałam się myśleć o tym miejscu jak o części mnie, ponieważ zauważyłam, że to pomaga mi kontrolować strach i pomaga się uspokoić. Przeszłam już bardzo długą drogę, lecz nie czułam zmęczenia, gdy to sobie uświadomiłam nagle przede mną pojawiło się rozdroże. Którą drogę wybrać ? Oby dwie wyglądają identycznie, nie ma żadnych wskazówek, drogowskazów. A co jeśli wybiorę złą i zgubię się w tym mrocznym miejscu? Zastanawiając się, przypomniały mi się słowa anioła „kieruj się sercem, a wszystko będzie dobrze”. Tylko co to znaczy? Próbowałam przechodząc najpierw w stronę jednej ścieżki, a późnie drugiej, znaleźć w sobie jakieś odczucia, pomagające mi wybrać odpowiednią, lecz nic takiego nie przyszło. Załamałam się. Przeszłam już taką drogę, wygrałam walkę z szatanem, a nie mogłam poradzić sobie z wyborem odpowiedniej drogi. Co jeśli utknęłam tu na zawsze? Co jeśli nigdy już nie usłyszę głosu Łukasza? Nie zobaczę jego roześmianej twarzy, oczu wpatrzonych we mnie i miłości, która była w nich zapisana. Tak bardzo go kocham. Wróć do mnie, tęsknię, wróć. Usłyszałam jego głos dochodzący z prawej strony i idąc w jego stronę byłam pewna, że to dobry wybór.
Las ciągnął się dalej, lecz powoli zaczynał się przerzedzać. Widać było coraz mniej drzew, które niknąc tworzyły pustynię. Nagle zrobiło się okropnie gorąco i duszno. Strasznie chciało mi się pić, lecz nigdzie nie było śladu wody. Byłam zmęczona i powoli straciłam nadzieję na dotarcie do celu. Już chciałam się poddać, gdy przede mną przeleciał biały gołąb. Nie poddawaj się już blisko. Pomogę Ci chodź Za mną. Nie wiedząc co robić, przeanalizowałam wszystkie „Za” i „przeciw” i doszłam do wniosku, że próbując niczego nie stracę. Mogę tylko zyskać, więc czym prędzej wstałam i pobiegłam Za moim nowym przyjacielem. Gołąb leciał bardzo szybko, a ja w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób bez problemu Za nim nadążałam. W oddali widać było źródełko znajdujące się w cieniu kilku niewielkich drzewek. Gołąbek rozpędzony nie mógł zwolnić i z impetem uderzył w jedno z drzew, lecz ja zamiast mu pomóc spragniona czym prędzej podbiegłam do źródła wody i wypiłam tyle ile mogłam. Dopiero po chwili usłyszałam jak ptak woła o pomoc, lecz poczucie winy spowodowane zignorowaniem przeze mnie wypadku, nie pozwoliło mi do niego podejść. Wróciłam na ścieżkę zapominając o poświęceniu gołębia.
Droga prowadziła w górę, była kręta i coraz bardziej stroma. Miałam wrażenie, że wspinam się na górę, a z każdą chwilą stawało to się bardziej trudne. Promienie słoneczne były tak gorące, że aż parzyły. Starałam się zasłonić każdy fragment mojego ciała, aby zapobiec poparzeniu. Wspinałam się i wspinałam, a idąc pragnęłam jak najszybciej skończyć tą wędrówkę. Miałam dość zarówno psychicznie tak i fizycznie. Moje nogi powoli odmawiały posłuszeństwa, idąc mechanicznie pod górę, bez mojej i ingerencji. Nagle po mojej lewej stronie pojawił się obraz, na początku pomyślałam, że z powodu gorąca przed oczami pojawiają mi się majaki. Lecz im bliżej niego byłam, tym on był wyraźniejszy. Stwierdziłam, że nie mógł on znaleźć się tu bez powodu, wić postanowiłam się mu dokładnie przyjrzeć. Przedstawiał kobietę o niewyraźnych rysach twarzy z małym dzieckiem na rękach. Obraz był przepiękny, zachwycał intensywnością i wyrazistością barw, a także nietypową perspektywą, dzięki której sprawiał wrażenie, że wychodzi poza ramy. W jednej chwili zamazał się i pojawiły się na nim litery, które ułożyły się w cytat, który znałam z  „Małego księcia” Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Litery wciągnęły mnie w dziwny świat, w którym czułam się tak jakbym wpadła do głębokiej wody, przez którą widziałam zamazany obraz, a każdy mój ruch zmniejszał widoczność, więc poddałam się sile która przybliżała mnie do czegoś, co jak czułam było ogromnie ważne. Znalazłam się w sterylnie czystym pomieszczeniu, w którym królowała szpitalna biel. Po prawej stronie słyszałam natarczywie pikające urządzenie, które nawet na chwilę nie dawało spokoju. Po lewej siedział mój młodszy braciszek. Był strasznie smutny, w jego oczach widziałam przebłyski łez. Strasznie chciałam go przytulić, lecz gdy tylko spróbowałam wyciągnąć do niego rękę, ta nieznana siła wciągnęła mnie powrotem pod wodę i niedługo późnie wróciłam w to okropne miejsce, które w tym momencie zaczęła darzyć tak ogromną nienawiścią, że gdyby można było urzeczywistnić swoje emocje, zniknęłoby ono szybciej niż bańka mydlana.

Nie mając innego pomysłu wspinałam się dalej w górę, próbując poukładać sobie w głowie wszystko to, co tutaj widziałam. Starałam się analizować i wysuwać wnioski z każdej napotkanej przygody, którą przeżyłam w ty świecie, lecz gdy tylko wydawało mi się, że jestem bliska rozwiązania zagadki, wymykało mi się ono jak gazela, zbyt głośnemu lwu. Byłam tak zamyślona, że nie zauważyłam kolejnego obrazu, wiszącego tak jak poprzedni, jakby w powietrzu. Przedstawiał on budynek, znajdujący się niedaleko iglastego lasku. Był piękny. Tak realistyczny i dokładny, że czuć było bijące od niego emocje. Dolna część obrazu emanowała spokojem, delikatnością i sprawiła, że poczułam tęsknotę Za domem. Górna część wprowadzała niepokój, chaos, spowodowany gwałtownością ukazanego wiatru. Miałam wrażenie, że wiatr porusza poszczególne elementy. Po chwili wrażenie to zamieniło się w pewność. Wichura była tak silna że poruszała moimi włosami i z minuty na minutę zdawała się być coraz silniejsza. W pewnym momencie z obrazu zniknęły wszystkie elementy i pozostał tylko wiatr i wtedy , gdy chciałam już uciekać z obawy przed podmuchami, wszystko zaczęło się uspokajać. Tak jak wcześniej w miejscu niegdyś pięknego obrazu pojawiły się słowa „Nie możemy kochać do­mu, który nie ma swe­go ob­licza i w którym kro­ki są pozba­wione sensu”. Nagle pojawiło się światło. Z każdą sekundą zyskiwało na intensywności, aż w pewnym momencie musiałam zamknąć oczy z obawy przed oślepnięciem. Wraz z światłem pojawiło się ciepło, które otulało mnie sprawiając, że skupiałam się tylko an tym uczuciu, aż w pewnym momencie zniknęło. Zdziwiona otworzyłam oczy i zauważyłam, że znajduję się w moim salonie. Widziałam wszystko z góry, tak jakby fruwała pod sufitem. Był tam Łukasz i moja rodzina wszyscy byli okropnie smutni, niektórzy płakali. Rozmawiali o kimś, lecz nie słyszałam tego co mówią. Starałam się wyczytać z ruchu ich warg temat rozmowy, ale z marnym skutkiem. I wtedy usłyszałam moje imię. Mój braciszek patrzył na mnie. On mnie widział ! Chciałam się do niego zbliżyć, lecz skończyło się to tak jak wcześniej. Przyjemne, ciepłe światło zabrało mnie powrotem do mojego prywatnego piekła. Załamałam się, przez chwilę nie mogłam zmusić swojego ciała do dalszej drogi, lecz wiedziałam, że jest to konieczne. Powoli włócząc nogami wspinałam się dalej. Zaczynałam rozumieć, że powodem smutku moich bliskich mogę być ja, lecz nie pojmowałam dlaczego. Co się stało? Dlaczego to wszystko musi być takie trudne ? Kiedy skończy się ta ciężka wędrówka, która jak się wydaje nie ma końca? Lecz czy nie wszystko mające początek, posiada także i koniec? Jeżeli w dziwny sposób znalazłam się tutaj, to w podobny powinnam się wydostać. Wtedy przyszło mi do głowy, że jedyną możliwością wyjścia jest ponowne spotkanie z Lucyferem. Myśl ta straszliwie mnie przeraziła. Bałam się, że przy drugim spotkaniu ulegnę jego pokusom. Moje ciało i umysł były tak wykończone tą podróżą, że nie trudno byłoby mnie przekonać do czegokolwiek, co choć na chwilę pozwoliłoby mi odpocząć. Zrezygnowana spojrzałam przed siebie, starając się określić jak duża odległość dzieli mnie od szczytu. Uradowana nie wierzyłam własnym oczom, byłam tak niedaleko. Pozostałą drogę pokonałam w rekordowym czasie, zachęcona możliwością rozwikłania zagadki i powrotu do domu. Na szczycie góry nie było niczego prócz trzeciego obrazu. Był to najbrzydszy, amatorski pejzaż, którego widok strasznie mnie zawiódł. W porównaniu do poprzednich arcydzieł wyglądał jak pomyłka. Nie chciałam się do niego zbliżać, lecz z nadzieją na kolejną wskazówkę czekałam, wierząc że niedługo wrócę do domu. Mijały minuty, lecz nic się nie działo. Sfrustrowana podeszłam do niego i ze złości rzuciłam nim najdalej jak tylko potrafiłam. Wtedy nagle poczułam wszystko to co emanowało z poprzednich obrazów. Światło, ciepło, wiatr i to uczucie jakbym znajdowała się w wodzie. Potem usłyszałam trzepot silnych skrzydeł i przed moimi oczami ukazał się ten sam anioł, który uwolnił mnie z sideł diabła. Zatrzymał się przede mną. Na jego twarzy widoczny był smutek. „Bóg, dzięki twej odwadze postanowił dać ci szansę na powrót do domu, lecz musiałaś przejść przez kilka prób, dzięki, którym sprawdziliśmy czy twoje serce jest na tyle dobre, aby móc wrócić. Byłem uradowany, gdy okazało się, że poprawnie posłużyłaś się moją wskazówką i wybrałaś odpowiednią drogę w lesie, słuchając głosu serca. Podziwiałem twoją odwagę i upór w dążeniu do celu, lecz przynoszę niestety złe wieści. Zawiodłaś mnie stawiając swoje pragnienie nad życie stworzenia, które było dal ciebie dobre. Gdyby nie ja biedny gołąbek zginąłby ranny. Nie chciałem, alby przez jeden błąd zniknęła twoja szansa na powrót, więc postanowiłem przeprowadzić jeszcze trzy próby, które miały zadecydować jaką decyzję mam podjąć. Na początku ucieszyło mnie to, że poddałaś się głębokiej wodzie, nie bojąc się śmierci, więc w nagrodę podarowałem ci krótkie spotkanie z bratem. Następna próba także przebiegła pomyślnie. Nie odczuwałaś strachu, czego nagrodą był widok rodziny. Ostatnia próba miała być najtrudniejsza. Polegała na dostrzeżeniu piękna w czymś co na pierwszy rzut oka jest szpetne. Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo mi źle z tego powodu, lecz muszę powiedzieć ci, że przez niewykonanie ostatniego zadania nie mogę dopuścić do twojego powrotu. Musisz zostać tu na zaws…” Niee !! Nie zgadzam się! Nie pozwalając skończyć aniołowi rzuciłam się w otchłań chcąc zginąć. Nie chciałam żyć tu samotnie. Nie chciałam ciągle wspominać. Chciałam śmierci i ostatnią myślą, która pojawiła się w mojej głowie były słowa, które wykrzyczałam zbliżając się ku końcowi mojego życia, będąc niedaleko ziemi. Kocham cię, braciszku i nigdy nie przestanę! Moje ciało uderzyło z ogromną siłą o piasek. Straciłam przytomność. Obudziłam się nie będąc już człowiekiem, duchem, aniołem,  demonem. Jestem wszystkim i niczym. Wodą i ogniem. Czymś nienamacalnym, lecz choć trochę  ludzkim w momencie, gdy czyjaś dusza wspomina o moim życiu. Zostanę tu na wieki, bo nic nie zmusi mnie do opuszczenia miejsca, w którym znajduje się moja przeszłość. 

2 komentarze:

  1. Świetne! :) Bardzo dobrze dobierasz słowa, podoba mi się :) Oby tak dalej :* Całuję :*
    Zapraszam do siebie na pierwszy post! :) :*
    http://bookis-mydrug.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawy blog, mam nadzieję że kontynuacja już za nie długo! Czekam z niecierpliwością.
    A tym czasem zapraszam również do mnie. Liczę na dobrą krytykę, iż w pisaniu wszelkich opowiadań jestem dość "zielona". Mam nadzieję, że sam wstęp nie zanudzi Cię na śmierć.
    http://karsdwin.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń