Gdy miałam pięć lat, ciocia po raz pierwszy
zaprowadziła mnie do biblioteki. Byłam zafascynowana światem, którym książki
odgrywały pierwsze skrzypce i wypełniały wszystkie widoczne zakamarki. Półka z
bajkami dla dzieci stała najbliżej drzwi, a ja co tydzień wybierałam z niej po siedem książek,
ponieważ tylko tyle wynieść z niej można było Za jednym razem. Pochłaniałam je
w roztwarzającym tempie. Nie interesowało mnie czy są smutne, czy wesołe.
Liczyła się historia i to że zawsze pochłaniała mnie, wciągała w siebie i
wypuszczała w momencie ujrzenia ostatniej czarnej, atramentowej kropki,
oznaczającej koniec opowieści. Najbardziej lubiłam te o zamkach, duchach i
poszukiwaniach. Pewnego dnia natknęłam się na grubą księgę z pulchnym królem w
czerwonej pelerynie na okładce. Wylądowała ona w moim tygodniowym księgozbiorze
jako normalna pozycja, lecz okazała się wyjątkowa. Książka ta o dziwno
koszmarnie mi się nie podobała, kartki przewracałam tak wolno, że po czterech
dniach nie przeczytałam nawet połowy, ale nie poddawałam się, brnęłam dalej
próbując jak najszybciej skończyć z kłopotem i szybko zapomnieć. Któregoś
wieczora ciocia zauważyła że strasznie morduje się czytając tą książkę i
zasugerowała, że jeśli nie podoba mi się to mogę oddać ją do biblioteki
nieprzeczytaną, przecież nic złego się wtedy nie stanie. Byłam zaskoczona,
nigdy wcześniej nie myślałam, że można nie dokończyć poznawać opisywanej
opowieści, na początku wręcz mnie to zbulwersowało. Odłożyłam książkę na półkę
czując się jakbym robiła coś złego. Od tamtej pory wypożyczałam książki, lecz
często zdarzało się tak, że gdy dochodziłam do połowy historii, tak mnie ona
nużyła, że odkładałam ją podobnie jak tą nieszczęsną opowiastkę z pulchniutkim
królem na okładce. Niby nic nie ważny ruch- odłożenie 1 książki- zapoczątkowało
przerwanie czytania na 3 lata. Dopiero po tak długim czasie zrozumiałam, że są
one dla mojej przyjemności i na nowo odkryłam smak podwójnego życia, będąc na
Ziemi przy lampce nocnej i jednocześnie tkwiąc w północnej XVI wiecznej Anglii.
Mam wrażenie że to samo spotkało mnie teraz. Zawsze starałam się być miła dla
wszystkich i z każdym próbowałam się dogadać. Szukałam tematów na które
niekoniecznie lubiłam rozmawiać, ale odpowiadały mojemu rozmówcy. Byłam
mistrzem w zawieraniu nowych znajomości, gdy chciałam się komuś przypodobać tak
się stawało. Myślałam że tak robi każdy, że to normalne – stawanie się kimś
innym w zależności od tego w jakim towarzystwie spędza się czas. Po kilku
latach zaczęło mnie to męczyć. Należałam wszędzie, lecz tak naprawdę nigdzie bo
nie mogłam być przyjacielem każdego, zawsze znajdował się ktoś, kto nie znosił
innej osoby, a ja nie potrafiłam nienawidzić ludzi. Kochałam każdego człowieka,
bo w każdym starałam znaleźć dobro i przymknąć oko na zło. W końcu jesteśmy tylko
ludźmi i mamy prawo do błędów. Czasem zauważałam, że ludzie dzięki mnie stawali
się lepsi. Zaczęłam im pomagać. Uratowałam kilka znajomości, kilka niedoszłych samobójców,
osobę biorącą narkotyki. Niektórzy nazywali mnei swoim „prywatnym”
psychologiem, więc normą było to że ludzie pisali do mnie i rozmawiali ze mną
tylko po to żeby zwierzyć się ze swoich problemów i otrzymać pomoc. Było to
wspaniałe, lecz czułam się źle, bo im większej liczbie osób pomagałam tym
bardziej potrzebowałam czyjejś pomocy. Pewnego dnia ktoś powiedział mi że nie
każdy musi mnie lubić, że to nigdy nie będzie możliwe. Początkowo nie
uwierzyłam mu, bo przecież nie można żyć wiedząc, że komuś to nie odpowiada. Było
to dla mnie tak abstrakcyjne, że aż nie realne. Teraz wiem jak to jest i o co z
tym chodzi. Tak jak książka z otyłym królem otrzeźwiły mnie oszustwa moich
tzw.”przyjaciół” które zraniły mnie tak bardzo, że zostawiły trwały ślad na
moim ciele, widoczny tylko dla mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz