Wstęp

Była wyjątkowo gwieździsta i jasna noc. Zawdzięczaliśmy to pełni księżyca, która upiększała nam tą ciężką wędrówkę. Musieliśmy uciekać, nie mogliśmy się poddać. Dla Sary, dla naszego ukochanego dziecka. Córeczka ma dopiero rok. Jest taka mała, nieświadoma niebezpieczeństwa i zła które czyha na jej życie. Przecież musi nam się udać, musi… Bez nas będzie sama jak palec, bez nas nie uda jej się przetrwać. Prócz nas nie ma nikogo, kto mógłby się nią zaopiekować. Dlatego musimy to zrobić, mam nadzieję, że to zrozumie jak dorośnie, mam nadzieję, że ufamy odpowiednim ludziom. Gdybym tylko mogła to urzeczywistnić, wszystko byłoby prostsze, lecz nawet ja nie potrafię tego zrobić i wierzę, że życie, w którym spełniają się najskrytsze marzenia płynące prosto z naszych serc, byłoby zbyt proste, a skutkiem tego pozbawione piękna i szczęścia. W końcu w każdej sytuacji trzeba szukać tej lepszej strony.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

2

Dziś jak co dzień wstałam rano, przepełniało mnie szczęście jakie można odczuwać tylko wtedy, gdy wiemy, że nic tak naprawdę nie musimy na siłę wykonać. Właśnie dziś w moje siedemnaste urodziny rozpoczynały się ferie zimowe. Majka wyjechała z rodziną w góry, a Kamil chorował na grypę, więc wiedziałam, że nie powinnam nikogo spodziewać się z życzeniami urodzinowymi i szczerze mówiąc nie przeszkadzało mi to, nie lubiłam być w centrum uwagi, a ciężko tego uniknąć będą jubilatką wśród swoich najlepszych przyjaciół. Ciocia wracała z pracy dopiero o osiemnastej, więc miałam dużo wolnego czasu, który planowałam spożytkować sprzątając w moim pokoju. Zdaję sobie sprawę jak żałośnie to brzmi. Oto ja jubilatka, w swoje urodziny będę odkurzać stary czerwony dywan w zielone wzory zajmujący praktycznie całą podłogę w pomieszczeniu. Lecz nie znałam innego sposobu na odprężenie się. Spróbujcie mnie zrozumieć, każde kolejne urodziny nieuchronnie zbliżały mnie do konieczności wyboru drogi, którą będę musiała kroczyć przez całe życie. Niektórzy rodzą się lekarzami. Latami studiują medycynę poznając każdą tajemnicę ludzkiego ciała, by potem móc codziennie walczyć ze śmiercią wydłużając ludziom życie o kolejne minuty... godziny... miesiące.. lata... Dla nich to rutyna, normalna sprawa, a dla mnie to coś niesamowitego. Mimo najszczerszych chęci i dobrej woli nie mogłabym pójść w tym kierunku, ponieważ na widok choćby kropelki krwi zwiewam z przerażającym krzykiem, gdzie pieprz rośnie. Inni z kolei wykorzystują swoją pamieć, aby pomagać ludziom w niebezpiecznych momentach. Poznają prawo, uczą się przeróżnych paragrafów i sprawdzają zgodność wszystkiego z Konstytucją, aby w kraju panował spokój i sprawiedliwość, ale wizja spędzenia całego życia na nauce i wkuwaniu nie napełnia mnie optymizmem i zniechęca do zostania prawnikiem. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać przeróżne zawody i żaden z nich nie nadawałby się dla mnie, bo ja po prostu nie wiem czego chcę. Czasem wydaje mi się, że nie nadaje się nigdzie, a zwiększające się liczby oznaczające mój wiek wywołują u mnie panikę. Daję sobie sprawę z tego, że ciocia nie ma możliwości dłużej mnie utrzymywać. Już teraz jest ciężko, ledwo wiążemy koniec z końcem. To bardzo dobra kobieta, pełna empatii, lecz bardzo chorowita, chciałabym ją odciążyć by mogła wreszcie odpocząć i znaleźć czas dla siebie, a do tego bezsprzecznie potrzebna jest mi dobrze płatna praca. Z rozmyśleń na temat mojej przyszłości wyrwały mnie dźwięki dochodzące najprawdopodobniej z kuchni. Na początku usłyszałam trzask zamykanych drzwi, a potem było już tylko kap, kap, kap... Spanikowana chwyciłam telefon i powoli zeszłam po schodach. Bałam się, strach rósł z każdą minutą, a świadomość tego, że dom powinien być pusty nie pomagał mi nad nim zapanować. Kap, kap, kap... Powinnam być sama... Kap, kap, kap...Więc kto u diabła hałasuje? Kap, kap, kap... Znalazłam się w kuchni, lecz nikogo oprócz mnie w niej nie było. Kap, kap, kap... Zadrżałam z zimna, drzwi wejściowe były otwarte, przez co do środka wtargnęło mroźne, zimowe powietrze. Zamknęłam je szybko, zastanawiając się kto u licha wpadł do mojego domu bez zapowiedzi, a potem zniknął nie zostawiając żadnej wiadomości. Kap, kap, kap... Nic nie rozumiem. Kap, kap, kap... Ten dźwięk doprowadza mnie do szału. Kap, kap, kap... Wydaje mi się, że dochodzi on ze spiżarni, ale przecież to niemoż... Kap, kap, kap... Przerażona powoli otwieram drzwi. Kap, kap, kap...Zapalam światło i widzę ciocię wiszącą głową w dół z poderżniętym gardłem. Kap, kap, kap.. Nie wierzę... Kap, kap, kap... Mija chwila po, której przez mgłę otępienia zajmującą moją głowę przedziera się znaczenie tego widoku. Słyszę przeraźliwy krzyk przypominający szloch, to mój krzyk, moje cierpienie. Kap, kap, kap... Krew, krew, tyle krwi, wszędzie krew i... ciocia...

3 komentarze: