Wstęp

Była wyjątkowo gwieździsta i jasna noc. Zawdzięczaliśmy to pełni księżyca, która upiększała nam tą ciężką wędrówkę. Musieliśmy uciekać, nie mogliśmy się poddać. Dla Sary, dla naszego ukochanego dziecka. Córeczka ma dopiero rok. Jest taka mała, nieświadoma niebezpieczeństwa i zła które czyha na jej życie. Przecież musi nam się udać, musi… Bez nas będzie sama jak palec, bez nas nie uda jej się przetrwać. Prócz nas nie ma nikogo, kto mógłby się nią zaopiekować. Dlatego musimy to zrobić, mam nadzieję, że to zrozumie jak dorośnie, mam nadzieję, że ufamy odpowiednim ludziom. Gdybym tylko mogła to urzeczywistnić, wszystko byłoby prostsze, lecz nawet ja nie potrafię tego zrobić i wierzę, że życie, w którym spełniają się najskrytsze marzenia płynące prosto z naszych serc, byłoby zbyt proste, a skutkiem tego pozbawione piękna i szczęścia. W końcu w każdej sytuacji trzeba szukać tej lepszej strony.

wtorek, 27 stycznia 2015

3

Nie pamiętam tego, co działo się później. Paraliżował mnie strach, panika przyćmiła umiejętność logicznego myślenia, lecz jakimś cudem musiałam zadzwonić po pomoc, bo niedługo później przyjechało pogotowie wraz z policją. Wiem, że mnie przesłuchiwali, pytali się jak to się stało, czy ciocia miała jakiś wrogów lub jakieś problemy, ale nie pamiętam jakich odpowiedzi udzieliłam. Robiłam to mechanicznie... Tak jak oddychanie... Potem zostałam zawieziona radiowozem do szpitala. Ciocia została wcześniej zabrana przez karetkę. Żyła. Ledwo utrzymywała się na tym świecie, ale walczyła. Miałam nadzieję, że wyjdzie z tego, że pokona śmierć, wygra tą nierówną walkę i stanie na nogi. Tak bardzo chciałam w to wierzyć, lecz nie mogłam. Dręczyło mnie przeczucie, że to nie skończy się dobrze. Tam było tyle krwi, szkarłatnoczerwonej, okropnej krwi, która przyczepiła się do moich wspomnień, jak niechciany obraz, który powracał ze zdwojoną siłą za każdym razem gdy chciałam o nim zapomnieć. Moje pesymistyczne podejrzenia potwierdziły się. Podeszła do mnie wysoka niebieskooka lekarka i ze smutną miną wypowiedziała te okropne słowa "Przykro nam, nie mogliśmy nic zrobić". Nagle stała się rozmazaną plamą, bo wzrok przysłaniały mi łzy nad którymi nie mogłam zapanować. Biegłam, biegłam co sił w nogach po szpitalnym korytarzu, aż wreszcie natrafiłam na drzwi, przez które weszłam do ciemnego pomieszczenia. Nie interesowało mnie to gdzie się znajduję, chciałam tylko być sama i pogrążyć się w smutku jaki pożerał moje serce. Chciałam, żeby one zniknęło, żeby tak nie bolało, żeby to wszystko się skończyło, żeby okazało się tylko złym snem z którego mogłabym się obudzić i wbiec do sypialni cioci znajdującej się naprzeciw mojego pokoju. Obudzić ją i serdecznie uściskać, pokazując moją miłość i wdzięczność za jej istnienie. Straciłam ją, straciłam osobę, która była mi najbliższa, która mnie wychowała, była ze mną zawsze. Przecież to niemożliwe, że jej już nie będzie. TO NIE MOŻLIWE !
Nie wiem jak długo tu siedziałam, ale podejrzewam, że minęło dużo czasu, ponieważ gdy już wyszłam właśnie świtało.Okazało się, że ktoś znalazł mój telefon, który musiałam zostawić na korytarzu i zatelefonował do Majki, jako, że był to numer pod który dzwoniłam ostatnio. Ta niebieskooka lekarka, martwiła się o mnie, szukała mnie, a gdy nie mogła znaleźć postanowiła zawiadomić kogoś z rodziny o tej tragedii. Tylko, że ja byłam sama, nie miałam nikogo kto mógłby się mną zająć, bo ciocia podobnie jak ja była sierotą. Może dlatego byłyśmy sobie tak bliskie. Wiedziałyśmy co to samotność i odnalazłyśmy siebie, aby móc ją złagodzić.
Na szpitalnym korytarzu zobaczyłam moją przyjaciółkę wraz z rodziną. Majka powiadomiła matkę o zaistniałej sytuacji i rezygnując z zabawy w górach wróciły do domu, aby mi pomóc. Jej matka - Katarzyna- oznajmiła mi, że jeśli chcę mogę zamieszkać z nimi dopóki nie skończę osiemnastego roku życia. Nie chciałam sprawiać im problemu, ale szczerze mówiąc nie miałam innego wyjścia, a perspektywa ponownego zamieszkania w domu dziecka nie podobała mi się zbytnio. Byłam więc im bardzo wdzięczna i zgodziłam się. Przynajmniej na razie zamieszkam z rodziną Majki, a potem znajdę jakieś rozwiązanie. Byłam tak zmęczona, że oddałabym wszystko, za perspektywę snu, który pozwoliłby mi zapomnieć choć na chwilę o tym co stało się wczoraj. Katarzyna zabrała mnie do swojej rezydencji. Rodzina Mai była bardzo bogata, dziewczynie nigdy niczego nie brakowało, lecz na mnie nie robiło to nigdy wrażenia. Ja byłam wdzięczna cioci za to co miałam, nie potrzebowałam najmodniejszej torebki i butów, aby móc być szczęśliwą. Podejrzewam, że tata Mai zarabiał dużo, ponieważ pamiętam, że przyjaciółka wspominała kiedyś, że matka nie pracuje, lecz nie pytałam nigdy o to dziewczyny, bo za każdym razem gdy wspominałam o jej ojcu, ona w dziwny sposób zmieniała temat.
Przed wyjściem ze szpitala zatrzymali mnie policjanci, którzy twierdzili, że ciocia popełniła samobójstwo. Niedaleko jej ciała znaleziono zakrwawiony nóż kuchenny, na którym znajdowały się wyłącznie jej odciski palców. Mimo tego dowodu, nie mogłam w to uwierzyć. Znałam ciocię bardzo dobrze, wiedziałam, że nie zostawiłaby mnie samej. Nie po to tyle ryzykowałyśmy z przeprowadzką. Po za tym to nie było w jej stylu. Była taka pogodna, zawsze szczęśliwa, brała z życia tyle ile mogła. W mojej głowie pojawił się obraz jej ciepłych zawsze uśmiechniętych brązowych oczu, które teraz były puste, martwe... których nigdy więcej nie zobaczę.

1 komentarz: